|
Zaczęło się od opowiadań Pawła o wyprawach rowerowych, w jakie często udaje się z bratem, od przeglądania relacji z podobnych wypraw,
no i w końcu udało się namówić mnie na mały wypad w góry oczywiście rowerem.
Najpierw pojawiły się wątpliwości czy dam rade utrzymać takie tempo, jakie może
nadać mi ktoś, kto przejechał tyle świata na rowerze, ale potem, pomyslałam
czemu nie, warto spróbować czegoś nowego. No i wyruszyliśmy na trzy dniowy
wypad w Beskidy, to był mój mały początek.

Nasza droga zaczęła sie w Szczyrku, zaplanowaliśmy zjazd ze Skrzycznego. Jeszcze na dole nie wiedziałam co mnie czeka, może nie brałam tego tak na poważnie, przecież w końcu gdzieś tam sie tym rowerem pomykało po leśnych ścieżkach, w rodzinnym mieście ale to nie było to samo. Na szczyt dostaliśmy
sie kolejką wraz z naszymi dwoma kółkami, już sam wjazd z rowerem w ramionach
zdawał się być dla mnie nierealny, ale udało się i wcale nie było tak źle. No i
stanęliśmy na szczycie na wysokości 1257 m n.p.m. to była dopiero mała część
naszego wypadu, a na dodatek zaczęło padać. Myślę że dopiero wtedy można było
zobaczyć w moich oczach strach... w głowie zaczęły kłębić się myśli jak zjadę w
dół po mokrej ziemi, śliskich kamieniach, a może nawet błocie. Przez myśli przeszło
mi nawet, że może lepiej będzie zjechać na dół z powrotem kolejką. Za to Paweł
zachował zimną krew co bardzo się opłaciło, bo po krótkim czasie deszcz
przestał padać, a zza chmur wyszło piękne słońce zapowiadając dobra pogodę.


Tak więc trzeba było ruszać dalej, gdzie czekało mnie prawdziwe wyzwanie. Panika zaczęła się już w momencie, gdy zobaczyłam drogę, którą mieliśmy zjechać. Wcześniej jak jeździłam rowerem to droga którą wybierałam zawsze była łatwa, przeważnie jakaś uliczka, ewentualnie leśna ścieżka, a teraz czekał mnie ekstremalny zjazd po
kamieniach i wybojach... . Kilka
pierwszych prób ruszenia z miejsca po kamienistym podłożu kończyło się szybkim schodzeniem z roweru. Bałam się, że nie ujadę i przewrócę na kamieniach, które przy każdym moim ruchu przesuwały sie pod kołami jak chciały. Musiałam jednak, przezwycięrzyć strach, spojrzałam na Pawła jak bez trudu pomyka w dół i wtedy
dotarło do mnie, że to nie może być aż tak trudne, no i udało się, zapanowałam
nad niestabilnym gruntem i dałam rade. To było wspaniałe zjeżdżałam w dół
omijając dziury i kamienienie i wcale się nie bałam. Wystarczyło tylko pokonać
strach i dalej było juz coraz lepiej. Pierwszy dzień zakończył się sukcesem,
zjazd ze Skrzycznego mieliśmy za sobą.


Kolejnego dnia wyruszyliśmy znowu ze Szczyrku tym razem wkierunku źródeł Wisły. Najpierw musieliśmy pokonać przełęcz Salmopol czyli wjechać na wysokość 934 m n.p.m. . Wydawało się to dla mnie proste ale nie było, co okazało sie potem, gdy w najstromszych momentach nogi odmawiały posłuszeństwa i pedałowały coraz wo lniej, na szczęście Paweł miał na tyle sił że mógł ciągnąć za sobą obładowaną przyczepkę i jeszcze mnie troszkę popchać :) Potem sam zjazd z przełęczy był już samą przyjemnością, w sumie to
można powiedzieć sielanką w porównaniu do dnia poprzedniego, bo po asfalcie.
Takim sposobem znaleźliśmy się w Wiśle na wysokości około 430 m n.p.m., ale to
nie był koniec czekała na nas jeszcze droga w górę wzdłuż rzeki Wisły, aż do jej
źródła. Była to przyjemna droga fakt, że pod górę ale szum drzew i wody
wynagradzał wysiłek i dodawał sił w nogach, jakby pchał do przodu by zobaczyć
skąd się wydobywa. Tak dotarliśmy do celu, chwila odpoczynku, i znów pomykaliśmy
w dół do miasta na nocleg by wypocząć, bo następnego dnia czekał nas jeszcze
jeden dzień jazdy.

Ostatniego dnia czekało nas powtórne pokonanie przełęczy
Salmopol tylko od drugiej strony, aby dostać się do Szczyrku, a z stamtąd do
Wilkowic i pociągiem do domu. Dopiero tego dnia poczułam zmęczenie, bolały
nogi, ręce po prostu brakowało formy, ale byłam szczęśliwa wsiadając do pociągu
bo już wiedziałam, że ten mój pierwszy raz nie był ostatni. Tak zakończyliśmy
naszą mała wycieczkę.
Wszystkim gorąco polecam takie oderwanie się od rzeczywistości, to o wiele lepsze niż leniwe przeciąganie sie w fotelu. Wyjdźmy naprzeciw naturze po obcujemy
z nią troszkę,
bądźmy aktywni, to o wiele lepszy odpoczynek i na pewno zdrowszy. Ja też niechciałam spróbować ale teraz wiem, że się opłacało, dałam się wyrwać i cieszę się z tego. To taka frajda, całkiem coś innego niż jazda po prostej drodze,
wymaga troszkę więcej umiejętności, uważności i pewności siebie, ale dzięki
temu można zmierzyć się z samym sobą. I o to chyba właśnie chodzi, żeby pokonać
to, co nas ogranicza, żeby wyjść naprzeciw wyzwaniu, zrobić coś innego niż
dotychczas. Kiedyś nie pomyślałam nawet o tym, że pojadę gdzieś dalej rowerem
niż do lasu na wycieczkę, czy po bułki do sklepu, a dziś planuje z Pawłem gdzie
pojedziemy za miesiąc czy za rok.
|